|
|
||||||
|
And for that I'm responsible Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości, ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów "pogoda ducha" i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Zniknie egoizm. Zmieni się cały nasz stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytaucjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami dla siebie nie byliśmy w stanie uczynić. Pierwszy raz zetknęłam się z tym tekstem, znanym jako obietnice AA, dwa i pół roku temu. Nawiedzony bełkot, o co kaman? Z czasem, gdy mój wielce wyrafinowany intelekt zaczął spuszczać z tonu, zaczęłam tego pragnąć, choć nadal ze świadomością, że nie do końca rozumiem sens słów. A dziś? Ech :))). Te obietnice się spełniają. I nawet jeśli zmiany nie są jakoś szalenie widoczne w moim życiu, tak bym mogła podobnym mi niedowiarkom podać na tacy efekty, to czuję, że wspaniałe rzeczy dzieją się w mojej głowie, w sercu. I mam już tą niezbitą wiarę, że to początek, że, niezależnie od tego co się jeszcze wydarzy w moim życiu, ja już umiem być szczęśliwa. Życie wieczne jest tu i teraz :))). Trochę pracuję ;p. Robiąc jedną z rzeczy, które zawsze chciałam robić - jeżdżąc po świecie. Nieistotne, że całkiem niedaleko - Bułgaria, Czarnogóra, Grecja. Nieistotne, że głównie podziwiając widoki z okien autokaru i ciągle tocząc wojnę o psychiczną równowagę (wojna o pokój? hm, lipnie to brzmi, ale niech zostanie ;p) - swoją, pasażerów, kierowców ;p. Nieistotne, że nie wiem jak długo. Jest fajnie :). Poznałam faceta. DOROSŁEGO. Nie może to być :))). Nie do wiary pięknego. Zabawnego. Mądrego. Ok, ŻONATEGO ;p. Całe szczęście, bo więcej mogłabym nie udźwignąć. Mam to, czego chcę. I, jak zawsze, wspaniali ludzie wokół mnie. Ściskam :))). Mam czasem wrażenie, że użalanie się nad sobą to grzech jeszcze bardziej destrukcyjny, niż jego bliźniacza siostra - pycha. Niszczy nie tylko, jak ona, ludzi wokół, ale i samego grzesznika ;). 2011-08-04 09:35:34 skomentuj (5) Gdzie świat szeroki, droga daleka, pod dachem utkanym z gwiazd Jeszcze nie koniec mojej odysei ;). Miałam nadzieję, że złapię chwilę oddechu - dostałam pracę w schronisku górskim, w charakterze bufetowej, Dodik przetarła szlaki w kierunku takiej kariery zawodowej, hi hi. Choć Szyndzielnia nie jest typowym schroniskiem, raczej barem szybkiej obsługi przy autostradzie, ze względu na bliskość Bielska i kolejki gondolowej, to czułam się tam fantastycznie, zwłaszcza po 12-godzinnym dniu pracy, jedząc na kamiennym tarasie kanapki z oscypkiem, albo pijąc kawę o 6. Po tygodniu podziękowano mi za współpracę i teraz, gdy wszyscy krewni i znajomi pytają dlaczego, mam problem z odpowiedzią. Bo nie zapytałam :). Wydawało mi się z początku, że nie chciałam dać satysfakcji niesympatycznemu szefowi - żeby se nie myślał, że mi zależy. Teraz myślę, że bałam się usłyszeć coś w rodzaju - Albowiem jest pani głupią fleją i do niczego się pani nie nadaje! Kiepsko jeszcze u mnie z poczuciem własnej wartości. Poza tym - było to wspaniałe doświadczenie. Utarczki z kasą fiskalną, gdy przez całą salę kłębi się zgłodniały tłum; nalewanie piwa w taki sposób, by szklanka nie zawierała samej piany (nie było czasu na głód alkoholowy, oj nie); jazda na szmacie na koniec dnia, przez niekończącą się salę; nocą ból kostek i "zawiasów" w biodrach taki, że nie mogłam zasnąć - pieprzona księżniczka, heh ;). Fantastyczni ludzie w kuchni, nie "w dupę mili", tylko po prostu pomocni i otwarci. Marzenka - wegetarianka i abstynentka, młodziutka Ula po szkole plastycznej, marząca o pracy w GOPR-ze, ironiczny kucharz Dominik o złotym sercu, Ewelinka w wieku Nieodrodnego, zasuwająca równo z nami, mimo bliskiej zażyłości z synem szefa. Drugi syn asystował mi przy kasie, wznosił oczy do nieba, karcił, pocieszał, dyskutował o Sapkowskim i Łysiaku i stanowił oazę spokoju. Odkrycie - nie tylko chłopaki z sekty są fajne, normalni też :))). Muszę jeszcze tylko popracować nad tym, by byli jednak po trzydziestce, przynajmniej ;p. Naprawdę było pięknie i już w czwartek zaczęłam ogarniać. W sobotę zaś przyjechała moja zmienniczka, oczekiwana przez załogę z dużą niechęcią, a przeze mnie z ustęsknieniem, że wyjaśni wszystko i pomoże. Gdzież tam! Siostra szefa, królowa bufetu nie znosi konkurencji, a i ja średnio się sprawdzam, gdy ktoś stoi nade mną i wrzeszczy. Po trzeciej akcji wzięłam ją na bok, poprosiłam, żeby może trochę mniej chaotycznie, i dodałam, że ja tu nie muszę pracować, że być może się nie nadaję i żeby ciut wypuściła powietrze. Uuuu... Smutno bardzo było w kuchni w poniedziałek, gdy żegnałam się z załogą. Bardzo się przyzwyczajam do ludzi, zwłaszcza tych dobrych. Szukam dalej swojego miejsca na ziemi :). 2011-06-09 10:17:24 skomentuj (2) ...
Dobra. Powiem przynajmniej, w czym rzecz. Przestało mi się podobać kreowanie rzeczywistości na potrzeby bloga. You know - o tym napiszę, bo elegancko brzmi, a to pominę, bo nie wypada. O tym zaś wspomnę, ale zaledwie słowem, domyślcie się, he he. Blog nie jest pamiętnikiem, ktoś to czyta, reaguje. A przewidywanie reakcji i dostosowywanie do nich treści wydaje mi się aktualnie jakimś moralnym nadużyciem, w dodatku często chybionym. 2011-03-08 13:10:17 skomentuj (13) Na cztery i pół godziny do nieba wzięci O Boże, Boże, obiecywałam sobie, że już never ever bez Wielkiego Bum, ale nie umiem się powstrzymać. Lubię flirtować. Lubię czekać na telefon. Lubię zasypiać z myślą, że spotkamy się jutro. Lubię te wszystkie chwile Przed. Nieważne, że regułą jest następujący potem płacz i zgrzytanie zębów. Guru Leszek twierdzi, że będąc enneagramową czwórką, jestem nieszczęśliwa, gdy nie cierpię z miłości. Jako czterolatka zakochałam się nieprzytomnie w aktorze Andrzeju Zaorskim i prawdziwą traumą była dla mnie wiadomość, że posiada on żonę. I tak to się kręci od tamtej pory, właściwego tempa mojemu życiu nadaje przeważnie stan zauroczenia. Najczęściej fatalnego ;). Jedno się zmieniło, odkąd zakręciłam flaszkę - nie nazywam ich już Tezetami ;p. Albowiem naprawdę są fajni. 2011-02-02 01:35:58 skomentuj (17) Zostawiłem za sobą las pachnący, mam jałowe nozdrza Za każdym razem, gdy wracam od Imienniczki z gór, popadam w ten wszechogarniający, bezwolny marazm. Jeszcze na dobre nie otrząsnęłam się z noworocznego, a pojechaliśmy znowu. Dżizas, jak mi tam dobrze. Funkcjonujemy trochę na zasadzie komuny: ja jestem od mycia garów - bo lubię i robienia kawy/herbaty. A potem to już leżę przed kominkiem, inne osoby podtykają mi pyszności, a ja mruczę ze szczęścia. Dodatkowo zabrała się z nami nastoletnia córka Guru Leszka, fanka Strachów, jako i ja, więc zabrałam jej Gościa, smakowałam z rozkoszą i cofałam się w czasie :). Powrót jest za każdym razem bolesny, no bo co? Ta sama bida w zasadzie. Znów kończymi się cierpliwość, zwłaszcza gdy Guru zapytuje mnie: Ile jeszcze zamierzasz żyć w tym skwierczącym ubóstwie, że stać cię tylko na jedniodniowy karnet na narty? - Oszalałeś! - drę się - Tyś prawdziwego ubóstwa nie widział! Ludzie nie mają co jeść!, ale zadra zostaje. Pora przejść ze stanu Buddy w stan robotnika - kołacze mi się po głowie zdanie innego kumpla, na temat Robcia, a i mnie to jak najbardziej dotyczy. Tyle, że nie mam pomysłów. Kolejne cv bez odpowiedzi, współpraca z Muzeum zakończona. Chodzę wokół desperackiej myśli, żeby wybrać się w odwiedziny do kolegi z roku - dyrektora teatru, po prośbie, ale im dłużej chodzę, tym mniej mam odwagi. No i napisałam wniosek o szkolenie do Biura Pracy, na razie sza. Nie wiem, ile to jeszcze potrwa. Wiele spraw leży odłogiem. Tyle, że nagrałam płytę. 2011-01-25 10:12:14 skomentuj (7) Kotów kat ma oczy zielone, pazurami trzymam się za życia brzeg No co? Zaglądacie, a tu dalej ta smętna notka z ch^^^ i samobójcami? Mnie też się ona znudziła. Lubię jak się dzieje, dzieje, dzieje. Tymczasem nowy rok zaczęłam od konstatacji, jak to niewiele się zmieniło w moim życiu, jak mało jestem odpowiedzialna, kreatywna, otwarta na potrzeby innych, interesująca oraz gruba. Nie mało gruba, tylko ZA. Poinformowałam mojego boga o strajku okupacyjnym, zawinęłam się w koc i zajęłam sadzeniem chabrów na farmeramie. I tak upływał dzień za dniem... [tu stosowny ziew]. Bóg nie zwrócił specjalnej uwagi na dezercję jednego z najwspanialszych aniołów w swojej armii, a chłopaki też milczą. Mam dziwne przeczucie, że odpoczywają od obrachunków moralnych, które z upodobaniem zwykłam im robić, niezależnie od ich woli. Chcę zobaczyć waszą krew, pot i łzy! - mogłabym mieć na drugie. Robcio pokazał mi, że w telefonie do mojego imienia dopisał przydomek Terapeutka :>. Wyjątkowo nie jest to powód do dumy, nie wtedy, gdy mają mnie dość. Ok. Piszę, znaczy chyba wracam do żywych. Dostałam wczoraj z Muzeum Powstania płytki do przepisania, między innymi - uwaga! uwaga! - wywiad z Danutą Szaflarską. Chyba będę żyła. A w przerwach, gdy chabry dojrzewały nakręciłam sobie film. Blue M zainspirował swoim. Jego zdjęcia są znacznie cudowniejszej urody, ale halo, nie ubiegamy się o krótkometrażowego Oscara ;). Enjoy. Waiting, nie zrobiłam jeszcze kolażu. Ale zrobię! Jak wstanę... 2011-01-11 11:50:43 skomentuj (13) I znowu do tańca ktoś zagra nam, może już za dzień, za dwa Och, nie - jęknęłam, gdy wjeżdżałyśmy dziś do Krakowa. Po ch. tu wróciliśmy? - sapnęła Imienniczka. Andy z trzaskiem zamknął czytanego pilnie dalajlamę. W Zakopanem biało i słonecznie. Nie chcę nawet myśleć o tym, że ona sprzeda ten dom, i to nie JA go kupię. Zasypiam tam, patrząc w ogień w kominku, budzę się z widokiem na Czerwone Wierchy i głodne kaczki w potoku. W oknach oprócz wesołych szwedzkich zasłonek w paski powiesiłyśmy choinkowe lampki - nie konweniowały z pierniczkami na tej prawdziwej. W lodówce ser Bursztyn (poezja z tesko), sałatka z porów i oliwki. Na piecu bigos. Kremówki z Samanty są najlepsze na świecie. Imienniczka nie lubi głośnej muzyki, z pokorą zniosła mój prywatny koncert Grabaża w sylwestrowy wieczór, gdy przeganiałam smut skakaniem i wrzaskami, wieczorami słuchamy radia PiN, Ive Mendes zawodzi bossa novą, Andy obiera w kuchni ziemniaki na paellę (dużo jemy, fakt), bezpieczny. Życie to film, prawda? Zawsze. Jeden z naszych "aowskich przyjaciół", który mógł stać się po prostu przyjacielem - bo łaziliśmy trochę po knajpach, bo przytulałam go przyjacielsko w Cafe Frania, bo Andy ochraniał z nim osiemnastki, bo Imienniczka miała jego syna nauczyć jeździć na nartach - zaginął z początkiem grudnia. W Sylwestra dowiedzieliśmy się, że się odnalazł. Popełnił samobójstwo. Obok wielu wspaniałych chwil, które zdarzyły mi się w 2010 - ludzie! podróże! emocje! - były też i te okropne. Pamiętam przepłakany weekend w maju, szloch w czerwcu, tupanie nogą w lecie, spazmy płaczu w listopadzie i grudniu. Przeżyłam to wszystko. Teraz jestem silniejsza, mądrzejsza i spokojniejsza niż kiedykolwiek. A przecież jeszcze... Sposób oglądania świata przez Imienniczkę sprawia, że kurczy mi się serce z tęsknoty za Anią Buddystką. Nie jest mi dobrze, gdy wbity w kąt pokoju Andy, zmagający się ze swoimi demonami, nie spuszcza ze mnie swojego chmunego wzroku, a na pytanie - Co ci? warczy - Nic!. Wyrosłam, zarówno z księżniczki, jak i z Jamesa Deana. A nie dorosłam jeszcze do dzielenia świata z kimś, kto byłby go równie ciekawy jak ja, i ciut ode mnie pogodniejszy ;))). Trochę w rozkroku, z rołożonymi szeroko ramionami, ze zmrużonymi oczami wystawiam twarz do słońca. Z nadzieją. 2011-01-03 21:16:36 skomentuj (4) Jadę sobie Do zakopanego. Pełna miłości. Tak ogólnie, do świata i ludzi, ale czuję, że niedługo to się zmieni. Na lepsze :))). 2010-12-28 07:23:33 skomentuj (5) :) & :*
Nadzieja ![]() Dobrze, że jesteście:)))) 2010-12-24 09:44:57 skomentuj (3) A czasem jestem jak jednej nocy kwiat, dmucham na chmury Robiłam pierniczki z rodziną Pani Doktor i Stingiem w tle i było cudnie :)))
Oraz coraz doskonalsze aniołki. Oraz moc kolaży.
A Droga Rene, odnaleziona po kilkunastu latach, też działająca zgodnie z programem, choć zupełnie nieświadomie - czyli może po prostu w zgodzie z samą sobą - też chętnie czyta dalaj lamę i inspiruje mnie praktycznie. Okazało się, po dwudziestu latach od zdania matury, że jej pragmatyczne podejście do życia było jednak lepszą opcją, niż moje bujanie w obłokach ;). Idzie. Dobrze idzie. No i dostałam już pierwsze prezenty! Od Best Frienda i jego żony Listy na wyczerpanym papierze np. Na mój okrzyk - Skąd wiedzieliście?! - Bo cię słuchamy. Cudowne. 2010-12-19 08:04:54 skomentuj (2) Browarne bulwary posępne i szare, zatracam rozum i czucie zmysłami Koło Cafe Baru Agata przechodzę kilka razy dziennie. Kiedy na terapii usłyszałam, że mam zmienić ścieżki, pytałam jadowicie czy wykopać kanał, albowiem innej drogi na przystanek nie mam. Przez płot szkolnego boiska jeszcze mogę przeskoczyć i portki potargać. Zwykle mijam go zupełnie bezmyślnie, jakoś przestał dla mnie istnieć. Kiedy go zauważam, jest źle. Kiedy mam ochotę wejść i zamówić drinka, jest bardzo źle. Od ochoty do planu droga daleka, jeszcze dalsza do realizacji, ale. You know. Dobrze nie jest. Podejrzewam, że niepokój o Andy'ego, złość na siebie o obżeranie się i parę centymetrów w pasie, zniecierpliwienie Imienniczką, czy tęsknota za kimś bliskim to tematy zastępcze. Problem jest w mojej głowie, jak zawsze, a powód się zawsze znajdzie. Nie znoszę być oszukiwana. Nawiąż kontakt ze swoimi uczuciami! - darłam się wciąż do Andy'ego i to zdanie stało się już moim znakiem rozpoznawczym. Nawet już nie pluję, gdy mnie przedrzeźniają ;p. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że najbardziej złości nas to, czego nie akceptujemy w sobie. Niestety, wciąż mimo pracy, w osobach udających, z mniejszym lub większym powodzeniem, słabe, niewinne, bezinteresowne widzę siebie i nie mogę znieść tego lustra. Bo sama wciąż udaję lepszą niż jestem, mądrzejszą niż jestem, ciekawszą i ładniejszą. Andy poszedł pić, a moja pogoda ducha najwyraźniej siedzi u niego w kieszeni. 2010-12-15 23:32:27 skomentuj (6) Jestem chory na wszystko i nie wiem, co mnie tu czeka Tydzień temu powiedziałam Andy'emu - Ty jesteś z tych co zniosą wszystko. Nie-zni-szczal-ny! Dziś pije i nie wiem, gdzie jest. Nasza choroba. Day after Nigdy wcześniej nie czułam aż tak muzyki w końcach palców i włosów. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek miała aż taką radochę ze skakania i wrzeszczenia w tłumie, zwłaszcza tych wszystkich tekstów, które od pewnego czasu są tytułami moich notek. Poszłam na ten koncert Grabaża. Sama. Bilet Andy'ego opchnęłam pod kasą, bo on nadal płynie. Staram się o tym nie myśleć, bo nic nie mogę teraz zrobić, ale ciężko. Niewyobrażalnie. Ktoś pisze do mnie smsy, tytułując mnie piękna (ja!); ktoś inny budzi codziennie ciepłym głosem w słuchawce, a mnie to cieszy w znacznie mniejszym stopniu, niż powinno. Przestałam cokolwiek rozumieć.
Oraz apel taki
Także Elwu zniknął do tego stopnia, że zniknęło również i moje zdjęcie z szablonu bloga. Czy ktoś z Państwa byłby tak uprzejmy oraz miłosierny oraz dysponujący potrzebną ilością wolnego czasu, by podjąć się naprawy szablonu? 2010-12-11 00:25:54 skomentuj (2) Może wreszcie trafią w cel pioruny
Pokutuje we mnie jeszcze ten zabobon, że kiedy pochwalę, to się spipcy. Ale, na bogów, to jest radość z plonów, z rzeczy wypracowanych tymi ręcami, a nie z prezentów - btw zero ich z okazji mikołajek, ale radość przyjaciół, których zasypałam głodnych na mityngu lidlowskimi snickersami bezcenna ;). 2010-12-07 09:56:44 skomentuj (3) Jeśli nie rozjadą nas czołgi, jeśli nie zestrzelą samoloty Newsy mam takie, że próbowałam nie palić - cały poniedziałek i część wtorku. Na programie, a jakże. Że niby tylko teraz, tylko w tej chwili, że nie jest mi to do niczego potrzebne, że same szkody i że ja CHCĘ nie palić. Ale nie takie numery jeszcze z moją podświadomością. Wszystko dookoła było jednym wielkim papierosem przez te trzydzieściparę godzin, a ostatecznie złamała mnie Coco Chanel na kino5. Jarała jednego za drugim :/. Oczywiście, że mam pretensje do Boga, że po wspaniałym Kundun nie mogłam się dostać do Siedmiu lat w Tybecie, bo mam za wolny komputer, czy cóś. Jakbym pozstała w górach, to bym przecie nie zapaliła! Kolejny news nie wiem nawet jak ugryźć. Andy mi powiedział, że jestem jak modliszka. Że omotuję i sprawiam, że facet traci głowę, a potem wbijam kolec i cześć. Tak mi powiedział, gdy znów gadaliśmy do rana. A ja, znów z sercem w przełyku, wrzasnęłam "A co za bzdury wygadujesz!" i zmieniłam temat. Nie mogę tego unieść. Co my tu mamy? Spełniło się moje marzenie i on zakochał się we mnie? Czy na pewno o to mi chodziło? I co ja mam z tym teraz niby zrobić? Miało być peace and love and kwiaty we włosach. Miałam być dobrym duszkiem niosącym ludziom radość i beztroskę, a dostałam jakieś chore zauroczenie, które bardziej rani niż buduje. I w dodatku wychodzę na sukę. Czy jakoś tak. Jak dobrze, że mam Farmeramę i aniołki z masy solnej do pomalowania. A o tym, że marzę o pracy w mediach, a jakby mnie przyjęli, to bym przecież umarła z przerażenia, napiszę kiedy indziej, bo totalnie mnie to odkrycie ścięło z nóg. For your eyes only, Bere :)))
2010-12-01 14:56:15 skomentuj (5) Kochała wszystkie psy, wszystkich hycli miała za nic
Zwyczajna wiejska przytupaja, tyle że bez alko. 2010-11-28 03:45:59 skomentuj (9) Oto historia z kantem, co podwójne ma dno Lubię jesień. Na przykład za to, że kiedy wcześnie zapada zmrok mogę na ulicy śpiewać do wtóru mp3 na uszach, a czasem nawet tańczyć. Dużo łażę, jesienią unikam tramwajów. Wracając od mamy ze szpitala, wstąpiłam do stolarza, który się nagle objawił po drodze. Wyłuszczyłam problem, który wystąpił z łóżkiem i dowiedziałam się, że deseczka, o jaką mi idzie, kosztuje około 8 zet. To dużo teraz dla mnie - ostatnio kupiłam na ciuchach sztruksy esprit za złotówkę i małą czarną za dwa :)))) - oddaliłam się pokontemplować drewniane taborety. A sprzedawca wyłonił się z zaplecza z kawałkiem dechy i dał mi ją normalnie w prezencie. Poczułam się, jakby ktoś zapalił we mnie reflektor i mam nadzieję, że było to widoczne na zewnątrz. Potrzebuję takich małych radości każdego dnia. Pęknięte łóżko jest owocem wczorajszego wieczoru/nocy spędzonego z moimi dwoma chłopakami. Tak właśnie kazali mi to sobie definiować w głowie, gdy zbiera mi się na narzekanie na samotność. Jedna z desek nie wytrzymała, gdy chciałam, jak w amerykańskich filmach, poskakać z entuzjazmem. Pewnie w Ameryce mają solidniejsze. Zatem leżałam w łóżku z dwoma przystojnymi młodzieńcami, skotłowani, pozawijani w koce i poduszki, dyskutowaliśmy znów o tym, jak stawać się dorosłym człowiekiem, wytykaliśmy sobie swoje słabości, a chwilami tarzali ze śmiechu. Ulokowałam się w nogach, jak na nałożnicę przystało, z głową na kolanach Andy'ego, a nogami na kolanach Robcia (lub odwrotnie), donosiłam co jakiś czas kawę i kanapki z pasztetem, i tyle samo było we mnie radości z tej rozmowy, co strachu przed jej konsekwencjami, przed bliskością. Pamiętam, bardzo dobrze pamiętam te czasy z liceum, kiedy w naszym "teatralnym" towarzystwie podobnie gadaliśmy do późnej nocy o sensie życia. Odziedziczyłam wtedy po Wielkim Bracie pokój przerobiony z wózkowni, po drugiej stronie klatki schodowej, rodzice tam nawet nie zaglądali, żeby się nie denerwować. Popisane ściany, szaro od dymu papierosów, chłopaki grają na gitarach Słynny niebieski prochowiec, Mehandjisko krąży w kółeczko. Tam rodziły się przyjaźnie i miłości, tworzono nowe religie, pisano scenariusze, zrywano pakty i planowano samobójstwa, ktoś dostał w nos, to pokłócił się ktoś, coś działo się. Pamiętam siebie z tamtego czasu, w swetrze po kolana, schowaną za opadającymi na twarz włosami, skupioną na sobie i swoim cierpieniu, z nieodłącznym kieliszkiem w ręce, nieszczęśliwie zakochaną, błyskawicznie przechodzącą ze stanu zaśmiewania się do łez do warczenia "spierrr...". Całe to towarzystwo się rozleciało, gdy tylko zdaliśmy na studia. Inaczej wygląda nasze życie, niż wtedy planowaliśmy. Po raz kolejny dziś uświadomiłam sobie, jak wiele było w moim życiu takich "paczek" na śmierć i życie, i z każdej, z każdej odchodziłam bez żalu. Czuję, że dostałam kolejną szansę. Żeby tym razem zrobić to inaczej. P.S. Cóż, naprawdę nie wiem jak to się stało, że znów spotykam się z Andym, jakoś tak ciężko wychodzi nam unikanie się, te ostatnie trzy tygodnie to było mistrzostwo świata. Nie mam pomysłu na rozwiązanie tego dziwacznego układu. 2010-11-23 00:19:08 skomentuj (2) Twoje oczy lubią mnie, i to mnie zgubi Dobra nowina jest taka, że znalazłam wreszcie swoją ulubioną knajpę na trzeźwo. Cafe Bar Agata zniknął w pomrokach przeszłości. Pewnie, skonsumowaliśmy nawet dziś w nim z Robciem kawę, ale tylko dlatego, że potrzebowałam pilnie pomocy analitycznego umysłu tego młodzieńca. Przybyłam, zobaczyłam, to już nie jest moje miejsce, hough. Obecnie najprzyjemniej mi w Cafe Frania. To samoobsługowa pralnia z wystrojem w klimacie lat 60-tych, do których zresztą nie mam żadnego stosunku emocjonalnego, ale wspaniale mi się tam półleży na wygodnej wersalce, popijając dużą kawę z mlekiem i grając w scrabble z chłopakami w świetle lampek nocnych, przy którym nie widać moich zmarch ;p. Ostatnio guru Leszek zapytał dlaczego ja, u licha, zadaję się wciąż z młodszymi od siebie?! Otóż nie mam pojęcia, może po prostu kiedyś dojrzeję emocjonalnie i wtenczas mi przejdzie. We Frani nie wolno palić, ale cóż, teraz już nigdzie nie wolno i może zresztą bardzo dobrze. I tak chcę rzucić. I tyle dobrego. Zło jest okropnie złe, bo przestaliśmy z Andym na siebie dobrze działać. Ułomności zwyciężyły. Brałam to pod uwagę. Smutno mi, gdy przypominam sobie następnego dnia, jak wiele energii zmarnowaliśmy na walkę o dominację w stadzie. Stadzie, dodam, hipotetycznym, bo przecież nikt nic nikomu nie. Kontrolowanie emocji przypomina naciąganie na siebie za krótkiej kołdry. Kiedy pilnuję się, by nie pokazać po sobie, jak bardzo go pragnę - bo chyba o to głównie chodzi, o te pipcone feromony - nie jestem w stanie powstrzymać w sobie cioci dobrej rady. On również oboma rękami trzyma maskę i brakuje mu trzeciej, by zatkać sobie w odpowiednim momencie buzię. A bywa i tak, że skupieni na sobie nie zauważamy, że świat dookoła wywrócił się i wstał, a młody Robcio siedzi obok z otwartymi ustami. I wtedy jest dopiero głupio. We wrześniu już chyba zapisałam sobie myśl, że nasze dwa ogniska mogą spowodować pożar lasu. Szkoda, ogromna szkoda. Wszystko poszło w złym kierunku. Za każdym razem, gdy ktoś wysiada z autobusu, który prowadzę przez życie, czuję się winna. Prywata: Szkrabi, mimo że wydarzenia opisane powyżej rozegrały się wczoraj, nosiłam w sobie ten tytuł już jakiś czas. I stąd mój żal, że go rąbnełaś i niniejszy plagiat :). 2010-11-18 22:48:59 skomentuj (2) Jak kolorowy ptak patrzę w dół na góry Nie mogę się przyzwyczaić, że od pewnego czasu jest tak dobrze. Nie, żeby mi cegła spadła na głowę, ale zdarzyło się to, co rok temu kwitowałam sarkastycznym "nawiedzeńcy", gdy słyszałam - nie ma problemów, tylko sprawy do rozwiązania. Nic nie mogę poradzić na decyzję Ani, ale może dzięki niej zobaczyłam się wreszcie z Rene po kilkunastu latach, aaaa. I wiecie co? Jestem dumna, że byłyśmy kiedyś najlepszymi przyjaciółkami i w zasadzie nadal jesteśmy. I w dodatku jest najśliczniejszą przyjaciółką, jaką mam i wygląda młodziej od własnej córki i dwie godziny nam minęły jak ino błysk. Nic nie zrobię, by Andy mnie przeprosił czy cóś, czy nawet byśmy przegadali to, co się wydarzyło, ale możemy się spotkać, alllleż zupełnie przypadkiem ;p, i obserwować jak on też się cieszy z tego spotkania, niczym młody psiak, uśmiech ma dookoła głowy, a z nozdrzy mu tryskają obłoczki dymu. O matusiu, jak ja bym chciała go bez przerwy dotykać i śmiać się razem z nim. I cóż? Nie pozwolę sobie na to nadal. Gdyż albowiem wiem, o co walczę ;p. I dwa dni w Zakopanem z Imienniczką, cudne w tym słońcu, co to jest leitmotivem tegorocznego listopada. Pęksowy Brzyzek, Gubałówka z buta, dolina Strążyska, mój nabożny zachwyt dla widoku z okna zaprzyjaźnionego górala - fototapeta z Giewontem. Nie zmienię faktu, że Imienniczka nie ma kontaktu ze swoimi uczuciami, ale mogę przynajmniej sprawić, że porzuca czasem botoksową maskę, zaśmiewając się ze mną do łez. A tęsknotę za Andym w znacznym stopniu rekompensuje mi młody Robert. Przestałam udawać, że szukam pracy w hipermarkecie i pół dnia spędzać na przeglądaniu gumtree, mam znacznie więcej czasu w związku z tym. Wczoraj byliśmy u Schindlera na przykład. A jutro też go gdzieś wyciągnę, bo Robcio wygląda po prostu znakomicie w czarnym płaszczu i kapeluszu. Dodaje mi wzrostu ;). Czego i wam życzę ;). 2010-11-16 23:26:33 skomentuj (0) Bez słów jak granaty, bez posklejanych myśli Tu dzieje się znacznie więcej niż w licealnym teatrze. Wtedy lista kombinacja, kto z kim wszedł w konflikt, a kto się w kim zakochał wyczerpała się po raptem trzech latach i każdy poszedł w swoją stronę. Ja na przykład pić. A Levy w kokainę. A Jov została pilną studentką. My, garbaci jesteśmy nastolatkami poprzebieranymi za dorosłych. Ostatnio zdarza mi się malować usta czerwoną szminką, lubię te skupione na mnie zdziwione spojrzenia, a że reaguję na nie szerokim uśmiechem, taki sam dostaję w odzewie. Dobrze, że zaczęłaś się malować - mówi do mnie Imienniczka. Wcale nie zaczęłam. To jest przebranie - odpowiadam (i następnego dnia z radością wracam do swoich bojówek i traperów). O, znów się przebrałaś. Jak fajnie! - woła zatem z uśmiechem, gdy spotykamy się pod bunkrem sztuki. Mam problem z tą Imienniczką. Nie ufam jej. Z pozoru jest starsza ode mnie i zdarza jej się nawet budzić respekt, ale im głębiej wchodzę w jej życie, tym bardziej czuję się, jak żona Jacka Nicholsona, która odkrywa w "Lśnieniu", co jest napisane na setkach stron maszynopisu: "Nie dla Jacka takie sprawy. Dużo pracy, brak zabawy". Ostatnio zapytała, czy nie mam relanium, bo denerwuje się przed ważną rozmową z byłym mężem. Rany boskie, relanium! Alkohol w pigułce! Ręce mi opadły. Cieszę się, że do tego Zakopanego, gdzie spędzę z nią dwa dni, jadę samochodem z mężem Pani Doktor. Oni są cywilami - znaczy nigdy nie żłopali ponad miarę - ale pięknie realizują w swoim życiu program 12 kroków. Z jakiegoś powodu - może dlatego, że wciąż mam przeczucie bycia łączniczką w tej armii ;p - wydaje mi się, że mogę pomóc mej Imienniczce. I to mój zasrany obowiązek. Podobnie jak odwiedzenie dziś w wariatkowie Małej Mi, która zażyła wiaderko prochów, celem uwolnienia się od doczesności. Mały człowieczek wewnątrz mnie krzyczy, tupiąc nogami - Nie bierz się za to! Jesteś za słaba! Ale ja nie chcę leżeć pod kocem. Wczoraj odbyłam kolejną rozmowę z moimi guru i czuję się naładowana energią. Mogłabym ją wykorzystać jak jedna z autorek blogów - które podczytuję z podobnym zadziwieniem, jak ogląda się filmy przyrodnicze - na pomstowanie na polityków i kierowców i złych mężczyzn i głupie kobiety i etc. Naprawdę, gdyby ta kobieta wykorzystała swój power w jakiś pozytywny sposób, chyba nie byłoby problemu z głodem w Afryce :))). No, więc ja wykorzystuję to, co aktualnie mam - ludzi wokół siebie i swoją energię. I się zobaczy. Nie? 2010-11-10 09:53:57 skomentuj (5) Nawet nie wiem czy wiesz - nasze życie to dym Postanowiłam nie karmić trolla - moje nienażarte ego - i nie pięlęgnuję porażek. Zamierzam być szczęśliwym kierowcą autobusu (remember to Lisa Jewell), jedni ludzie wsiadają do niego, inni wysiadają, a ja dbam o to, by bak był pełny i by jednak nie przekraczać prędkości na zakrętach. Odwiedzam moje najdawniejsze przyjaciółki w ich wiejskich posiadłościach, podglądam szczęśliwe rodziny, chłonę atmosferę, z latoroślami Pani Doktor wykrawam kruche ciastka fakelmanem, z córką Jov gawędzę przy kuchennym stole. Młodzież zgodnym chórem twierdzi, że uwielbia ciocię Gosię, a ja, no cóż - Kocham młodzież - mrugam szatańsko do Imienniczki po mityngu i do pierwszej włóczę się z 24-letnim Robciem, popijając kawę z papierowych kubków. W wyjątkowo ciepłą listopadową noc dyskutujemy o odpowiedzialności i partnerstwie, i wcale nie jestem większym ekspertem od niego w tych tematach. Ale wychodzę z założenia, że jeśli bardzo chcę czegoś się nauczyć, nauczę się. W nielicznych wolnych chwilach czytam wreszcie książkę nauczycielki Zen, którą dawno dawno pożyczałam od Ani. Jest świetna. Tnę również gazety na kolaże i zagniatam masę solną, muszę naprawdę dużo prezentów zgromadzić przed grudniem, bo na koncie nadal 75 groszy i wciąż nie udaje mi się rzucić palenia. Dziś World Press Photo, w czwartek Zakopane. Mam też marzenia - kupić fajną kieckę na andrzejki, iść na koncert Grabaża w grudniu (skoro już nie udało się z listopadowym Kazikiem). Radzę sobie. Jakoś. 2010-11-09 11:14:19 skomentuj (3) |
Jeśli mam Cię zapamiętać: daj znać poczytaj sobie Jeśli chcesz mnie zapamiętać: MOJE słoneczniki Once upon a time... Rodzina Cieni Nieodrodny Dorosły Jedno z moich miejsc na ziemi A tu inne Nadzieja Możesz również: Porozmawiać ze mną Iść w odwiedziny do: Moja Droga A. Porta Celeste ;) Dodo Mig Shingle Dża Waiting Zmorka - uśmiech każdego dnia Zimno Goga Don Pepego Marecki Ry Tomeczek Bere Saime Amelia Botak Off Skaf Pranie Ds Snafu Kaktus Monte Kay z północy Alter ego KzP Te Elwu Bourbik Val Ale to już było: 2011 sierpień czerwiec marzec luty styczeń 2010 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty |