szybkozapominam blog

Twój nowy blog

:)

Brak komentarzy

Onet jest gupi :)

Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości, ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów „pogoda ducha” i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Zniknie egoizm. Zmieni się cały nasz stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytaucjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami dla siebie nie byliśmy w stanie uczynić.

Pierwszy raz zetknęłam się z tym tekstem, znanym jako obietnice AA, dwa i pół roku temu.
Nawiedzony bełkot, o co kaman? Z czasem, gdy mój wielce wyrafinowany intelekt zaczął spuszczać z tonu, zaczęłam tego pragnąć, choć nadal ze świadomością, że nie do końca rozumiem sens słów.
A dziś? Ech :))). Te obietnice się spełniają. I nawet jeśli zmiany nie są jakoś szalenie widoczne w moim życiu, tak bym mogła podobnym mi niedowiarkom podać na tacy efekty, to czuję, że wspaniałe rzeczy dzieją się w mojej głowie, w sercu. I mam już tą niezbitą wiarę, że to początek, że, niezależnie od tego co się jeszcze wydarzy w moim życiu, ja już umiem być szczęśliwa. Życie wieczne jest tu i teraz :))).

Trochę pracuję ;p. Robiąc jedną z rzeczy, które zawsze chciałam robić – jeżdżąc po świecie. Nieistotne, że całkiem niedaleko – Bułgaria, Czarnogóra, Grecja. Nieistotne, że głównie podziwiając widoki z okien autokaru i ciągle tocząc wojnę o psychiczną równowagę (wojna o pokój? hm, lipnie to brzmi, ale niech zostanie ;p) – swoją, pasażerów, kierowców ;p. Nieistotne, że nie wiem jak długo. Jest fajnie :).

Poznałam faceta. DOROSŁEGO. Nie może to być :))). Nie do wiary pięknego. Zabawnego. Mądrego.
Ok, ŻONATEGO ;p. Całe szczęście, bo więcej mogłabym nie udźwignąć.

Mam to, czego chcę.

I, jak zawsze, wspaniali ludzie wokół mnie. Ściskam :))).

Mam czasem wrażenie, że użalanie się nad sobą to grzech jeszcze bardziej destrukcyjny, niż jego bliźniacza siostra – pycha. Niszczy nie tylko, jak ona, ludzi wokół, ale i samego grzesznika ;).

Jeszcze nie koniec mojej odysei ;).
Miałam nadzieję, że złapię chwilę oddechu – dostałam pracę w schronisku górskim, w charakterze bufetowej, Dodik przetarła szlaki w kierunku takiej kariery zawodowej, hi hi. Choć Szyndzielnia nie jest typowym schroniskiem, raczej barem szybkiej obsługi przy autostradzie, ze względu na bliskość Bielska i kolejki gondolowej, to czułam się tam fantastycznie, zwłaszcza po 12-godzinnym dniu pracy, jedząc na kamiennym tarasie kanapki z oscypkiem, albo pijąc kawę o 6. Po tygodniu podziękowano mi za współpracę i teraz, gdy wszyscy krewni i znajomi pytają dlaczego, mam problem z odpowiedzią. Bo nie zapytałam :).
Wydawało mi się z początku, że nie chciałam dać satysfakcji niesympatycznemu szefowi – żeby se nie myślał, że mi zależy. Teraz myślę, że bałam się usłyszeć coś w rodzaju – Albowiem jest pani głupią fleją i do niczego się pani nie nadaje! Kiepsko jeszcze u mnie z poczuciem własnej wartości.
Poza tym – było to wspaniałe doświadczenie. Utarczki z kasą fiskalną, gdy przez całą salę kłębi się zgłodniały tłum; nalewanie piwa w taki sposób, by szklanka nie zawierała samej piany (nie było czasu na głód alkoholowy, oj nie); jazda na szmacie na koniec dnia, przez niekończącą się salę; nocą ból kostek i „zawiasów” w biodrach taki, że nie mogłam zasnąć – pieprzona księżniczka, heh ;).
Fantastyczni ludzie w kuchni, nie „w dupę mili”, tylko po prostu pomocni i otwarci. Marzenka – wegetarianka i abstynentka, młodziutka Ula po szkole plastycznej, marząca o pracy w GOPR-ze, ironiczny kucharz Dominik o złotym sercu, Ewelinka w wieku Nieodrodnego, zasuwająca równo z nami, mimo bliskiej zażyłości z synem szefa. Drugi syn asystował mi przy kasie, wznosił oczy do nieba, karcił, pocieszał, dyskutował o Sapkowskim i Łysiaku i stanowił oazę spokoju. Odkrycie – nie tylko chłopaki z sekty są fajne, normalni też :))). Muszę jeszcze tylko popracować nad tym, by byli jednak po trzydziestce, przynajmniej ;p.
Naprawdę było pięknie i już w czwartek zaczęłam ogarniać. W sobotę zaś przyjechała moja zmienniczka, oczekiwana przez załogę z dużą niechęcią, a przeze mnie z ustęsknieniem, że wyjaśni wszystko i pomoże. Gdzież tam! Siostra szefa, królowa bufetu nie znosi konkurencji, a i ja średnio się sprawdzam, gdy ktoś stoi nade mną i wrzeszczy. Po trzeciej akcji wzięłam ją na bok, poprosiłam, żeby może trochę mniej chaotycznie, i dodałam, że ja tu nie muszę pracować, że być może się nie nadaję i żeby ciut wypuściła powietrze.
Uuuu…
Smutno bardzo było w kuchni w poniedziałek, gdy żegnałam się z załogą. Bardzo się przyzwyczajam do ludzi, zwłaszcza tych dobrych.
Szukam dalej swojego miejsca na ziemi :).

13 komentarzy

Dobra. Powiem przynajmniej, w czym rzecz. Przestało mi się podobać kreowanie rzeczywistości na potrzeby bloga. You know – o tym napiszę, bo elegancko brzmi, a to pominę, bo nie wypada. O tym zaś wspomnę, ale zaledwie słowem, domyślcie się, he he. Blog nie jest pamiętnikiem, ktoś to czyta, reaguje. A przewidywanie reakcji i dostosowywanie do nich treści wydaje mi się aktualnie jakimś moralnym nadużyciem, w dodatku często chybionym.

Nie potrafię jeszcze, pisząc, uniezależnić się od opinii, nie mam też pomysłu na inną formułę.
Poza tym wszystko dobrze :).

O Boże, Boże, obiecywałam sobie, że już never ever bez Wielkiego Bum, ale nie umiem się powstrzymać. Lubię flirtować. Lubię czekać na telefon. Lubię zasypiać z myślą, że spotkamy się jutro. Lubię te wszystkie chwile Przed.

Nieważne, że regułą jest następujący potem płacz i zgrzytanie zębów. Guru Leszek twierdzi, że będąc enneagramową czwórką, jestem nieszczęśliwa, gdy nie cierpię z miłości. Jako czterolatka zakochałam się nieprzytomnie w aktorze Andrzeju Zaorskim i prawdziwą traumą była dla mnie wiadomość, że posiada on żonę. I tak to się kręci od tamtej pory, właściwego tempa mojemu życiu nadaje przeważnie stan zauroczenia. Najczęściej fatalnego ;).

Jedno się zmieniło, odkąd zakręciłam flaszkę – nie nazywam ich już Tezetami ;p.
Albowiem naprawdę są fajni.

Za każdym razem, gdy wracam od Imienniczki z gór, popadam w ten wszechogarniający, bezwolny marazm. Jeszcze na dobre nie otrząsnęłam się z noworocznego, a pojechaliśmy znowu. Dżizas, jak mi tam dobrze. Funkcjonujemy trochę na zasadzie komuny: ja jestem od mycia garów – bo lubię i robienia kawy/herbaty. A potem to już leżę przed kominkiem, inne osoby podtykają mi pyszności, a ja mruczę ze szczęścia. Dodatkowo zabrała się z nami nastoletnia córka Guru Leszka, fanka Strachów, jako i ja, więc zabrałam jej Gościa, smakowałam z rozkoszą i cofałam się w czasie :).

Powrót jest za każdym razem bolesny, no bo co? Ta sama bida w zasadzie. Znów kończymi się cierpliwość, zwłaszcza gdy Guru zapytuje mnie: Ile jeszcze zamierzasz żyć w tym skwierczącym ubóstwie, że stać cię tylko na jedniodniowy karnet na narty?Oszalałeś! – drę się – Tyś prawdziwego ubóstwa nie widział! Ludzie nie mają co jeść!, ale zadra zostaje. Pora przejść ze stanu Buddy w stan robotnika – kołacze mi się po głowie zdanie innego kumpla, na temat Robcia, a i mnie to jak najbardziej dotyczy. Tyle, że nie mam pomysłów. Kolejne cv bez odpowiedzi, współpraca z Muzeum zakończona. Chodzę wokół desperackiej myśli, żeby wybrać się w odwiedziny do kolegi z roku – dyrektora teatru, po prośbie, ale im dłużej chodzę, tym mniej mam odwagi. No i napisałam wniosek o szkolenie do Biura Pracy, na razie sza. Nie wiem, ile to jeszcze potrwa.

Wiele spraw leży odłogiem.

Tyle, że nagrałam płytę.

Szczegóły zabawy u Blue Mareckiego ;).

No co? Zaglądacie, a tu dalej ta smętna notka z ch^^^ i samobójcami? Mnie też się ona znudziła.
Lubię jak się dzieje, dzieje, dzieje.
Tymczasem nowy rok zaczęłam od konstatacji, jak to niewiele się zmieniło w moim życiu, jak mało jestem odpowiedzialna, kreatywna, otwarta na potrzeby innych, interesująca oraz gruba. Nie mało gruba, tylko ZA. Poinformowałam mojego boga o strajku okupacyjnym, zawinęłam się w koc i zajęłam sadzeniem chabrów na farmeramie. I tak upływał dzień za dniem… [tu stosowny ziew].
Bóg nie zwrócił specjalnej uwagi na dezercję jednego z najwspanialszych aniołów w swojej armii, a chłopaki też milczą. Mam dziwne przeczucie, że odpoczywają od obrachunków moralnych, które z upodobaniem zwykłam im robić, niezależnie od ich woli.
Chcę zobaczyć waszą krew, pot i łzy! – mogłabym mieć na drugie. Robcio pokazał mi, że w telefonie do mojego imienia dopisał przydomek Terapeutka :>. Wyjątkowo nie jest to powód do dumy, nie wtedy, gdy mają mnie dość.

Ok. Piszę, znaczy chyba wracam do żywych. Dostałam wczoraj z Muzeum Powstania płytki do przepisania, między innymi – uwaga! uwaga! – wywiad z Danutą Szaflarską. Chyba będę żyła.

A w przerwach, gdy chabry dojrzewały nakręciłam sobie film. Blue M zainspirował swoim. Jego zdjęcia są znacznie cudowniejszej urody, ale halo, nie ubiegamy się o krótkometrażowego Oscara ;). Enjoy.

Waiting, nie zrobiłam jeszcze kolażu. Ale zrobię! Jak wstanę…

Och, nie – jęknęłam, gdy wjeżdżałyśmy dziś do Krakowa. Po ch. tu wróciliśmy? – sapnęła Imienniczka. Andy z trzaskiem zamknął czytanego pilnie dalajlamę.
W Zakopanem biało i słonecznie. Nie chcę nawet myśleć o tym, że ona sprzeda ten dom, i to nie JA go kupię.
Zasypiam tam, patrząc w ogień w kominku, budzę się z widokiem na Czerwone Wierchy i głodne kaczki w potoku. W oknach oprócz wesołych szwedzkich zasłonek w paski powiesiłyśmy choinkowe lampki – nie konweniowały z pierniczkami na tej prawdziwej. W lodówce ser Bursztyn (poezja z tesko), sałatka z porów i oliwki. Na piecu bigos. Kremówki z Samanty są najlepsze na świecie. Imienniczka nie lubi głośnej muzyki, z pokorą zniosła mój prywatny koncert Grabaża w sylwestrowy wieczór, gdy przeganiałam smut skakaniem i wrzaskami, wieczorami słuchamy radia PiN, Ive Mendes zawodzi bossa novą, Andy obiera w kuchni ziemniaki na paellę (dużo jemy, fakt), bezpieczny.

Życie to film, prawda? Zawsze.

Jeden z naszych „aowskich przyjaciół”, który mógł stać się po prostu przyjacielem – bo łaziliśmy trochę po knajpach, bo przytulałam go przyjacielsko w Cafe Frania, bo Andy ochraniał z nim osiemnastki, bo Imienniczka miała jego syna nauczyć jeździć na nartach - zaginął z początkiem grudnia. W Sylwestra dowiedzieliśmy się, że się odnalazł. Popełnił samobójstwo.

Obok wielu wspaniałych chwil, które zdarzyły mi się w 2010 – ludzie! podróże! emocje! – były też i te okropne. Pamiętam przepłakany weekend w maju, szloch w czerwcu, tupanie nogą w lecie, spazmy płaczu w listopadzie i grudniu. Przeżyłam to wszystko. Teraz jestem silniejsza, mądrzejsza i spokojniejsza niż kiedykolwiek.
A przecież jeszcze…
Sposób oglądania świata przez Imienniczkę sprawia, że kurczy mi się serce z tęsknoty za Anią Buddystką. Nie jest mi dobrze, gdy wbity w kąt pokoju Andy, zmagający się ze swoimi demonami, nie spuszcza ze mnie swojego chmunego wzroku, a na pytanie – Co ci? warczy – Nic!. Wyrosłam, zarówno z księżniczki, jak i z Jamesa Deana. A nie dorosłam jeszcze do dzielenia świata z kimś, kto byłby go równie ciekawy jak ja, i ciut ode mnie pogodniejszy ;))). Trochę w rozkroku, z rołożonymi szeroko ramionami, ze zmrużonymi oczami wystawiam twarz do słońca. Z nadzieją.

Do zakopanego. Pełna miłości. Tak ogólnie, do świata i ludzi, ale czuję, że niedługo to się zmieni. Na lepsze :))).

:) & :*

3 komentarzy




Bóg karmi nas wiarą,
nadzieją i miłością.
Naszym zadaniem
jest tylko dorastać do Nieba.



Nadzieja
przychodzi do człowieka
wraz z drugim człowiekiem.





Dobrze, że jesteście:))))


  • RSS